W skrócie
- Funkcjonariusz warszawskiej drogówki wygrał proces cywilny przeciwko twórcy treści internetowych.
- Sąd uznał, że bezprawne upublicznienie wizerunku funkcjonariusza w celu zdobycia wyświetleń narusza dobra osobiste.
- Wyrok stanowi istotny precedens dla osób nagrywających interwencje w przestrzeni publicznej stolicy.
- Twórca materiału został zobowiązany do wypłaty zadośćuczynienia oraz przeprosin.
W ostatnich latach warszawskie ulice stały się areną nieustannego nagrywania. Każda interwencja policji przy głównych arteriach miasta, takich jak Wisłostrada czy Aleje Jerozolimskie, często kończy się publikacją materiału w mediach społecznościowych. Jednak najnowszy wyrok sądu cywilnego w Warszawie zmienia zasady gry dla domorosłych twórców treści, którzy budują swoje zasięgi na wizerunkach mundurowych.
Sprawa dotyczyła funkcjonariusza stołecznej drogówki, który podczas jednej z rutynowych kontroli został sfilmowany przez kierowcę. Nagranie, opatrzone prowokacyjnym komentarzem, trafiło do sieci i w krótkim czasie zdobyło dziesiątki tysięcy wyświetleń. Policjant nie wyraził zgody na publikację swojego wizerunku, a sposób montażu materiału sugerował niewłaściwe zachowanie funkcjonariusza, co w rzeczywistości nie miało miejsca. Sprawa trafiła na wokandę, a sąd nie miał wątpliwości: prawo do informowania o pracy służb nie jest równoznaczne z prawem do naruszania dóbr osobistych jednostki.
Sąd podkreślił, że choć policjanci są osobami publicznymi podczas pełnienia obowiązków, to ich wizerunek nie stanowi „darmowego surowca” do generowania zasięgów w serwisach typu TikTok czy YouTube. W uzasadnieniu wyroku wskazano, że publikacja nagrania w celach stricte zarobkowych lub dla zdobycia popularności, bez faktycznego interesu społecznego, wykracza poza granice dozwolonej krytyki. Warszawski sąd przyznał funkcjonariuszowi zadośćuczynienie w wysokości kilku tysięcy złotych, a autor nagrania został zobowiązany do opublikowania oficjalnych przeprosin na swoich kanałach społecznościowych.
Eksperci wskazują, że ten wyrok to jasny sygnał dla tzw. „audytorów obywatelskich” oraz przypadkowych świadków interwencji w Warszawie. O ile nagrywanie policji w ramach kontroli społecznej jest dopuszczalne, o tyle późniejsze przetwarzanie tego materiału – zwłaszcza jego kadrowanie, manipulowanie dźwiękiem czy upublicznianie wizerunku funkcjonariusza w celu wyśmiania go – może mieć poważne konsekwencje finansowe. Dla warszawskich policjantów to ogromna ulga, ponieważ dotychczas czuli się bezbronni wobec fal hejtu wylewającego się pod takimi filmikami.
Sprawa ta prawdopodobnie wpłynie na sposób, w jaki twórcy internetowi w stolicy będą podchodzić do publikacji materiałów z interwencji. Od teraz, wrzucając nagranie z policyjnego patrolu na pl. Bankowym czy w pobliżu ronda Daszyńskiego, trzeba liczyć się z tym, że każdy „klik” może kosztować nie tylko utratę wizerunku, ale również realne pieniądze w ramach zadośćuczynienia. Sąd wyraźnie zaznaczył: wizerunek funkcjonariusza to nie materiał do nabijania wyświetleń.
